Niezwykłe jest uczucie, kiedy książka po którą sięgamy, okazuje się być zupełnie inną, niż się spodziewamy. Sięgam po Powtórzenie Kierkegaarda i odkrywam coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.
Duński filozof, odległy światopoglądowo, kulturowo, dziejowo i geograficznie ode mnie pisze o mnie, pisze dla mnie, współ-czuje myślowo ze mną w sposób nieoczekiwany. Nie chodzi przecież nawet o to, że muszę się z nim zgadzać w zupełności, chodzi o to, że odnajduję w tym tekście moje emocje, moje uczucia, moje wahania. Melancholijne wyczekiwanie na powtórzenie, które albo się nie zdarzy (bo mam usposobienie na wieczne post-festum), albo zdarzy się, gdy będę już na etapie Hioba. Z Kierkegaarda przeziera to, do czego dojdą późniejsi: tak czy inaczej, powtórzyć nie da się dwa razy tego samego, zawsze powtarzamy ze zmianą.
A na marginesach ktoś coś zapisywał. Ktoś przedzierał się przez te strony przede mną i podkreślał te zdania, które ja sam chciałbym podkreślić. Czasem nieśmiało stawiał wykrzyknik, czasem znak zapytania. Zaczynam zwracać uwagę na te dopiski i zaczynam je palimpsestować: czasem coś do nich dodaję, czasem je pogrubiam, bo uzupełniają świetnie treść tekstu głównego, a czasem – gdy się z nimi nie zgadzam – pomijam je.
I nagle odkrywam tego tajemniczego czytelnika i od teraz współ-czujemy razem: ja, Kierkegaard i on. Po kilkunastu stronach zauważam dorysowany uśmieszek (emotikonę) w miejscu, w którym przerażony służący, przyłapany na zakazanym sprzątaniu gabinetu alter-ego duńskiego filozofa, zamyka mu drzwi przed nosem.
Mini teoria literatury (palimpsest na marginesie) i zarazem powtórzenie samo w sobie. On czytał Kierkegaarda, ja czytam Kierkegaarda, oboje powtarzamy podkreślanie. Ja czytam, on czyta, nikt nie czyta tak samo. Nie jestem w stanie powtórzyć lektury przed-czytelnika. Każda nowa lektura: nowy tekst, ołówkowy, marginesowy, ale tekst.
skomentuj (0)
Historia co prawda nie istnieje, tak jak i nie istnieje przeszłość. Jedne co mamy to pamięć o przeszłości, zawsze subiektywną i zawsze przesączoną przez podmiot. Nie mamy Historii, mamy teksty o historii, dlatego nie mamy obiektywnego doświadczenia przeszłości. Jeżeli w ogóle możemy w jakiś względnie namacalny sposób jej dotknąć, to przez ludzi. Pokolenie urodzone w latach dwudziestych, pokolenie naszych dziadków – ono jest ostatnim żywym świadectwem dawnego świata. Spójrzmy na przykład: Isaac Singer, noblista piszący po żydowsku. Dzieciństwo spędził jeszcze praktycznie w wieku XIX, w żydowskim świecie zaboru rosyjskiego, zmarł na progu wieku XXI w USA.
Trzeba by napisać grube tomy, żeby w sposób rzetelny, naukowy, systematyczny wykazać różnicę między naszą młodością, a młodością pokolenia, powiedzmy, 1910. Ale tę różnicę czujemy przecież intuicyjnie. My żyjemy w innym świecie. I to świat który w większym stopniu się staje, niż jest.
My wyemigrowaliśmy w ducha, w światy wirtualne. Bardziej jesteśmy on line, niż gdziekolwiek indziej. Internet, sieć komórkowa, telewizja oplatają nas skutecznie i permanentnie. I dlatego jestem entuzjastą Internetu i całego świata wirtualnego. Właśnie świata potencjalnego, świata, który się staje. Entuzjastą wiernym, ale chłodnym. „A to dobrze, że wszyscy siedzą w Internecie?” - pyta mnie Babcia przy popołudniowej herbacie, a ja jej (po chwili) odpowiadam: „A to dobrze, że coraz więcej ludzi mieszka w miastach, a nie na wsi?”. Ewolucję trudno rozpatrywać w etycznych kategoriach dobra i zła. Mówię to po lekturze Dukaja i jego wizji światów wirtualnych.
Internet jest pozbawiony lidera, jest anarchiczy i jest siecią wypełnioną memami. Tworzymy z nim kłącze (Deleuze). Internet to Plateau, które nie ma początku ani końca i z którym możemy połączyć się zawsze i wszędzie (wnet). To „ciągły region intensywności”, heterogeniczny, który operuje różnymi kodami i językami, pozbawiony etycznego dualizmu. A my jesteśmy nomadami, którzy cierpliwie siedząc, deterytorializujemy wirtualną przestrzeń, która przemyka nam przed oczami.
Internet, duch (mem: techgnoza) jest światem ale i jest i schronieniem dla wielu grup i mniejszości. Jest jak na razie oazą wolności. Jego anarchizm drażni państwo. Czyżby Internet jest jak zewnętrzna do aparatu maszyna wojenna? Nie wiem. Ale pamiętam, że gdy w Perfekcyjnej niedoskonałości wypuszczono wojny, to skolapsowały one galaktykę.
Państwo, jeśli faktycznie tak to będzie wyglądało, zechce zapanować nad Internetem. Zechce wbić łopatę w kłącze. Można siekierą ściąć pień, ale nie kłącze. Ono odrośnie, oplecie ją i wciągnie, zaanektuje. Nie można wygrać z Internetem, bo nie można wygrać z ewolucją. To w dużej mierze samowsobne i przede wszystkim samoorganizujące się środowisko znajdzie drogę. Jak kropla, która drąży skałę.
Nie zamartwiajcie się. Organizujcie się.
skomentuj (1)
Wyobraźcie sobie proszę niewielki pokój, w dużej mierze wypełniony książkami. Szyby zasłonięte, okna pozamykane, czas do czasu papieros i w środku ja. I po pewnym czasie stos książek zmniejsza się na tyle, że wyłazi spod niego dłoń, opada na klawiaturę i pisze do Was te słowa.
Zdaję sobie sprawę, że tłumy czytelników nie odwiedzały strony co dzień, czekając na nową notkę. Nie mniej jednak – bardzo już chciałem coś napisać. Pracy miałem w ostatnich tygodniach wyjątkowo dużo, nie mniej jednak znalazłem trochę czasu, w ramach przerwy, na lektury nieprogramowe.
Pierwszą z nich była powieść Anne Rice Przebudzenie Śpiącej Królewny. Przeczytałem dotąd chyba z dwadzieścia powieści Rice i każda z nich była dla mnie olśniewająca, oryginalna, wciągająca na swój magnetyczny sposób. Już nawet pod koniec dziesięciotomowego cyklu o wampirach, biorąc do ręki kolejną powieść, zastanawiałem się: „Co jeszcze można w tej konwencji napisać oryginalnego?”. I za każdym razem okazywało się, że można.
Dlatego skusiłem się i sięgnąłem po pierwszy tom erotycznej powieści (pisanej pod pseudonimem A. N. Roquelaure). Jeszcze po połowie łudziłem się, że i w tej powieści znajdzie się „to coś”, coś Rice'owego. No i się po raz pierwszy zawiodłem. (A pewna znawczyni literatury popularnej mnie ostrzegała – pozdrawiam serdecznie!). Z pornografią (a można, z grubsza, uznać tę powieść za pornograficzną) jest tak, że nie da się jej oceniać będąc zewnątrz. Trzeba pisać o niej jako odbiorca. Także o tym, czy powieść ta jest – jak na pornografię przystało – podniecająca, ocenić musi każdy czytelnik samodzielnie. Fabuła jest dość banalna: śpiąca królewna zostaje zbudzona ze snu i zgodnie z obowiązującym zwyczajem uprowadzona przez księcia-wybawiciela jako niewolnica, na jego dwór. Wraz z innymi niewolnikami pełni tam rolę seksualnej zabawki, którą uczy się posłuszeństwa. Jest karana i poniżana za najmniejsze przewinienie.
Niby, pomijając w sumie infantylną osnowę baśniową, wszystko jest poprawnie. Ale całość sprowadza się do tego, że 240 stron jest wypełnione ciągłym klepaniem po pośladkach i masowaniem członków, wystawianiem nagich ciał na pokaz i spełnianiem poniżających poleceń. Erotyka w poprzednich powieściach Rice była zupełnie inna. W tej powieści – jak się zdaje – pisarka zapomniała, że bardziej podniecające może być to, co zakryte, niż to, co odkryte. Mimo całej powyższej krytyki, trochę przewrotnie: polecam. Jednak: jeśli będzie to pierwsza książka Rice, jaką przeczytasz, to obraz tej genialnej autorki horrorów będzie co najmniej niepełny.
I druga powieść, a w zasadzie nawet dwie: Martwy aż do zmroku i U martwych w Dallas Charlaine Harris. Oczywiście: sięgnąłem po tym, jak zobaczyłem serial. Nie hołduję zasadzie: najpierw przeczytać po tym zobaczyć. Traktuje i obraz i słowo jako dwa osobne teksty. Ale tym razem stwierdzić muszę wprost: chwała scenarzystom True Blood!
Powieści Harris okazują się dość mdłe i banalne. Jakkolwiek pomysł z syntetyczną krwią i ujawnieniem się wampirów jest dość oryginalny, to jednak pisarka nie potrafiła unieść konstruktu jaki potencjalnie stworzyła. Narracja jest prowadzona z punktu widzenia trochę infantylnej Sookie. Ale to już nawet mniejsza z tym.
Najbardziej zabolało mnie to, ze Lafayette ginie zaraz na początku drugiego tomu. A jego postaci w ogóle poświęcone jest tylko kilka zdań. Ilość wątków i motywów w porównaniu została w serialu rozwinięta bardzo znacznie. Murzyn – gej – dealer – medium – to jedna z najciekawszych postaci filmowych i telewizyjnych ostatnich lat. Jednocześnie znika cały kontekst (przeciwwaga dla walczących o równouprawnienie wampirów) Innego. Tara jest postacią trzecioplanową. Monada pojawia się na samym końcu książki, a jej impreza opisana w powieści kończy się na spotkaniu bodaj sześciu pijanych ludzi w jakiejś chomiczówce na skraju lasu. A. I Godrick. Tu jest opętanym poczuciem winy wampirem. Scena jego śmierci, w serialu wyciskająca łzy, nie robi wrażenia.
Może jednak warto było najpierw przeczytać, potem zobaczyć? No już trudno. Piąty sezon w 2012.
Za to nowy Martin (Taniec ze smokami) – jak zwykle zadowalający. Pozdrawiam serdecznie!
skomentuj (1)
Dokładnie tydzień temu (a opóźnienie w relacji bierze się z wyjątkowo intensywnego okresu w życiu jej autora) Feniks zmartwychwstał (ależ to słowo cudownie tu nie pasuje) w Katowicach, na jednym z ośmiu planowanych, a siedmiu rzeczywiście zagranych koncertach Behemoth.
Był to pierwszy koncert formacji na którym miałem okazję być. W zeszłym roku, w sierpniu, zespół grać miał w Bielsku, lecz niestety, z przyczyn wiadomych, już nie dojechał. Choć wiele mówi się o sławie Behemotha, rzeczywiście zdałem sobie z niej sprawę w momencie, kiedy wszedłem do Mega Clubu i od razu zderzyłem się ze ścianą ludzi. Nigdy jeszcze (choć i to fakt, że często nie tam nie bywam) nie widziałem tego miejsca tak szczelnie zapełnionego. Jako że w umiarkowany sposób przepadam za tłumami, miejsce znalazłem sobie dopiero w okolicach toalet. I choć słychać było znośnie, to widać już znacznie gorzej.
I to szkoda, bo koncerty Behemoth to w dużej mierze cudne widowisko. Makijaże, scenografia, flagi, dym, ogień a na końcu confetti. Set był tradycyjny: utwory nowe, klasyczne oraz dawne. Zaczęło się teledyskiem do Lucyfera, którego na końcu zagrano jeszcze raz.
Straszny szum towarzyszy ostatnio Nergalowi i sam osobiście trochę się dziwię, że zdecydował się na wejście do mainstreamu, ale po sobotnim koncercie jedno wiem z całą pewnością: nie ma to żadnego wpływu na to, w jakim stopniu rozwija się jego główna i najważniejsza działalność. Cały skład: nieoszczędzający się, bezkompromisowy, świeży i niezwykle sprawny instrumentalnie. Czas teraz na trasę europejską i nową płytę.
Dużo się ostatnio mówi o dyskursie nienawiści jaki ma uprawiać lider gdańskiej formacji, zwłaszcza w kontekście jego procesu o obrazę uczuć religijnych. I chociaż przygodę z telewizją publiczną traktuje chyba raczej jako zabawę i przygodę (wciąż nie rozumiem: po co mu akurat taka przygoda...) to jego udział w programie The Voice of Poland w kontekście, a raczej: wraz z, bezprecedensowym wynikiem Ruchu Poparcia Palikota pokazuje być może pewien nowy, delikatny na razie, trend. Przyznam się, że nie za bardzo rozumiem istotę całego sporu, bo Nergal mówi dla mnie językiem pełnym energii, woli walki i działania oraz motywacji, a Palikot: miłości i tolerancji. To tamci, jedynie słuszni, są dla mnie agresywni i mówią językiem opresji i wykluczenia.
Cała więc sprawa – cały ten, pusty przecież, dyskurs – jest dla mnie paradoksalny, bo odwraca moje rozumienie świata. Może jedynie słusznym w końcu znudzi się udowadnianie, że białe jest białe... Znaczy czarne.
Wracając do tego, co ważniejsze: koncert był niesamowitym wydarzeniem, które na przyszłość zdecydowanie polecam. Feniks nie tylko powstał z popiołów, ale szybuje wysoko, szybko i ze znaną sobie pewnością siebie.
skomentuj (0)
Witam serdecznie po ponad miesięcznej, wakacyjnej przerwie. Były to, najprawdopodobniej, ostatnie moje w życiu wakacje. Odtąd będę miał już, znów: najpewniej, tylko urlopy. Tak więc, pomimo przeciwności, starałem się dobrze je wykorzystać. Jak to mówią: „czas ściąć włosy i poszukać prawdziwej pracy” (pierwszą część porzekadła traktuje – jak na razie przynajmniej – jedynie metaforycznie).
Miałem ostatnio okazję obejrzeć jeden z klasycznych horrorów Hammera, jeden z pierwszych (a bodajże: drugi) z filmów z Christopherem Lee w roli Draculi, a mianowicie Dracula, Prince Of Darkness z 1966 roku. Trudno jest mi, jako nie-filmoznawcy, ocenić jego pozycję w historii kinematografii, ale niewątpliwie miał on ogromny wpływ na kino gatunkowe, na horror zwłaszcza.
Było w nim kilka motywów bardzo ciekawych, zaraz obok – jak to zwykle bywa – motywów bardzo typowych. Z tych ciekawszych wymienić na pewno ciekawą transfigurację postaci Stokerowskiego Reinfielda – w pozornie obłąkanego Ludwika, który zajmuje się oprawianiem woluminów w bibliotece opactwa.
Ciekawe jest również to, że film jest stosunkowo – jak na rok produkcji, oraz określoną konwencję – brutalny. Jeden z bohaterów wykrwawia się wprost z otwartego gardła do trumny Draculi. A po co? I tu kolejna ciekawostka. Otóż służący hrabiego wsypał do niej wcześniej prochy po swym władcy, zabitym dziesięć lat wcześniej. I tym sposobem Dracula powstał (by nie powiedzieć: zmartwychwstał). Ciekawy i rzadki motyw, a na dodatek ciekawie i przekonująco pokazany za pomocą ówczesnych efektów specjalnych.
A najciekawsze są – oczywiście – ukryte treści erotyczne. Pozornie ukryte, lub niezbyt dobrze ukryte, trzeba od razu zaznaczyć. Pierwsza scena to moment unicestwiania nowo stworzonej przez Draculę wampirzycy. Mnisi (rzecz dzieje się w opactwie) w kilku zaciągają ją na stół, przytrzymując za nogi i ręce, a głównodowodzący wbija w nią falliczny (z natury swej) kołek. Wyraźna to, i przecież tak naprawdę przerażająca w swej istocie, metafora zbiorowego gwałtu.
I jeszcze jedna, podobna, kiedy Dracula łapie swoją ofiarę, rozrywa koszulę, rani się w pierś i nakazuje jej wyssać swoją krew. To z kolei metafora seksu oralnego, a ten zaś zawsze będzie poniekąd z wampiryzmem związany. A tym bardziej z Draculą Stokerowskim, bo ten przełamywał tabu wiktoriańskiej Anglii.
Warto więc oglądać filmy starsze, które kształtowały te, które przyszły po nich, które zaś kształtują te, które oglądamy dziś. Zawsze może zdarzyć się, że nas czymś zainspirują, lub zaskoczą. No, i ten nieodparty urok Christophera Lee...
skomentuj (0)
Wszystko zaczęło się gdzieś w 2002 roku. Płytę pożyczyłem od znajomego i włączyłem sobie Dreamer. Ale po pewnym czasie podkusiło mnie, żeby włączyć ją od początku. Down to Earth zaczyna się utworem Gets me through, najpierw intro, a później miażdżący riff Zaka Wylde'a. To co usłyszałem zawładnęło mną zupełnie, 38 stopni gorączki.
Później kolejne utwory, następne płyty. Mogę powiedzieć, że moje słuchanie metalu zaczęło się od Ozzy'ego, on był moim pierwszym w tej materii nauczycielem. Następnie odkryłem Black Sabbath. I poszło już coraz szybciej, z górki.
Poprzedni koncert Ozzy'ego w Polsce miał odbyć się w katowickim Spodku, ale wokalista przewrócił się na quad'zie i wskutek kontuzji odwołać musiał całą europejską trasę. Dziś, to jest prawie dekadę po tych wydarzeniach, dekadę, w trakcie której Ozzy i jego muzyka towarzyszyła mi we wszystkich ważniejszych wydarzeniach w moim życiu, Książę Ciemności przyjechał do Gdańska.
No i jak nie pojechać? Jak tam nie być? Ruszyłem w Polskę: z Katowic do Gdańska jedzie się 10 godzin. Ekspresem. Do stolicy 3 godziny. Ale ze stolicy nad morze: 7. No dobrze, dobrze, poczytałem sobie przynajmniej spokojnie. I poznałem Polaka z angielskimi korzeniami, który ożenił się z Japonką, i ich dwuletniego syna, Olafa, który uczył się mówić w dwóch językach jednocześnie. Żywy, ale niezwykle cichy chłopak o skośnych oczach i jasnych włosach.
W Gdańsku przygarnęli mnie do swojego domu znajomi, rezydowałem w cudnym mieszkaniu i to była moja baza wypadowa. Zrobiłem przemarsz przez Gdańsk i odświeżałem sobie w pamięci długą i barwną historię miasta. Średniowieczny port, mieszczanie, Heweliusz, Prusy, potem Wolne Miasto, Westerplatte i Poczta w 1939, a w końcu Solidarność.
Po południu na plażę wiózł mnie kuzyn znajomych, specjalnie przez całe miasto, żeby chłopak ze Śląska zobaczył morze. Po drodze opowiadał jak w 1971 stał z bronią i ostrą amunicją, a gdy go zwolnili z wojska po odsłużeniu zasadniczej, poszedł do tej stoczni pracować.
Morze jest jak wszystkie góry świata wypłaszczone w jednym miejscu i zalane wodą. Ostatni raz byłem nad Bałtykiem ponad 10 lat temu. I choć dla mnie najbardziej magiczne zawsze będą góry, to zobaczyć tę pustkę zalaną wiatrem było dla mnie czymś niesamowitym.
Ergo Arena jest ogromnym, pięknym obiektem na granicy Gdańska i Sopotu, do którego z łatwością dojechać można podmiejską kolejką. Kiedy wszedłem do środka zrozumiałem, jak może zmieścić się w niej ponad 10 tysięcy ludzi. Support z półgodzinnym opóźnieniem. A potem, po około kwadransie, zgasły światła i rozległa się Carmina Burana, od której zaczyna się każdy koncert Ozzy'ego.
„Jak się macie dziś wieczorem? (…) Ozzy jest w mieście!” - i poszło! Miałem wrażenie, że trwa to wszystko jakieś piętnaście minut. Faktycznie trwało ponad godzinę, z jednym bisem i popisami instrumentalistów. Gus G i Clufetos pokazali swój powalający warsztat. Ale widać to było także przy kawałkach Sabbathów. War pigs, Iron man, Paranoid a przede wszystkim: Fairies wear boots. Obiecałem, że nie będę narzekać na nic (no, może z wyjątkiem braku ekranów), ale jestem tak przyzwyczajony do pierwotnego brzmienia Iommiego z pierwszych lat, że solówki w wykonaniu Gus'a nie przypadły mi do gustu. Raz, że grać Iommiego jest niezwykle ciężko, dwa, że minęło 40 lat i trudno oczekiwać, że nic się nie zmieni.
Właśnie: ciekawy jest na tej trasie dobór kawałków. Początki kariery solowej, nawet z Shot in the dark (tego jedynego utworu z początku nie poznałem!) oraz kawałki Sabbathów. Ozzy nie zagrał nic z ostatnich czterech płyt. I o ile trudno wymagać, żeby zagrał coś z Ozzmozis, to żałuje, że nie było nic z mojej ukochanej Down to Earth (dziwne to tylko o tyle, że w końcu trasa promuje Scream). Podsumowując: jak dla mnie, setlista była zdecydowanie satysfakcjonująca!
Ozzy wciąż jest w formie. Wszystkim malkontentom trzeba przyznać rację, że głos już nie ten, ale żywotność, atmosfera, oprawa, publika: wynagradzają wszystko. Żelazny punkt programu – armatka – oczywiście także na miejscu. Być tego dnia w tym miejscu było dla mnie obowiązkiem. Cudny koncert, cudne wydarzenie no i cóż: czekamy na kolejny!
(Na YT pojawiło się już kilkanaście filmików z koncertu, polecam!)
skomentuj (0)
Coraz bardziej lubię podróżowanie. Och, co za laickie wyznanie człowieka, który deklaruje się jako zatwardziały domator, który wyjeżdża tylko po to, żeby wrócić do domu z uśmiechem na ustach, żeby docenić na nowo swoją kuchnię, swoją łazienkę, swoje łóżko. Podróże wciąż jednak mnie przerażają.
Ciekawe, ile jest na świecie wszelkiej maści hoteli, hosteli, schronisk, noclegowni i innych przeróżnych miejsc, w których można się zatrzymać, coś zjeść, umyć się i przespać. Ile ludzi każdej doby śpi poza domem, w podróży, w obcych miejscach? Ilu z nas prowadzi osiadły tryb życia, a ilu nomadyczny?
Zastanawiałem się też, ilu ludzi było w tym hostelu, w którym przebywałem. Ile litrów wody zgotowali w czajniku, ile kilogramów jedzenia przetrzymywali w lodówce? Ile osób siedziało w fotelach przed telewizorem? Ile razy brali prysznic, ile razy korzystali z toalety? A łóżka? Ilu ludzi spało na łóżku, na którym spałem? Ile przespano na nim godzin, ile przeżyto orgazmów, ile spłodzono na nim dzieci? Ciekawe, czy możliwym byłoby spotkanie tych ludzi? Przybyłyby pary z całego świata, wraz ze swoimi pociechami w różnym wieku...
Hostele i schroniska mają w sobie magiczny paradoks zamtuzów. Paradoks, bo szukamy w nich nie rozkoszy czy emocji, ale chwili ciszy i spokoju po całodziennych wędrówkach. A magiczny o tyle, że zapominamy o tych wszystkich ludziach, którzy byli tu przed nami i każdym gestem, każdym naszym wyłożonym z toreb przedmiotem, oswajamy je jak tylko możemy.
Ostatnio pisałem o przerażającym podróżowaniu samotnym. Ale przecież jak cudnie wędruje się przez miasta z kimś, kto już tam wcześniej był, prowadzi nas pewnym szlakiem, pokazuje najciekawsze miejsca. Wydeptywanie starych bruków przychodzi łatwiej, gdy stukają dwie pary obcasów. Dzięki!
skomentuj (1)
Bardziej doświadczeni podróżnicy przeżyli pewnie wiele podobnych historii jak ta, która przydarzyła się mi, a właściwie nam, w trakcie podróży do Wrocławia. Chciałbym jednak, ku pamięci, a i z pozdrowieniami dla pana Hansa z Drezna, ją opowiedzieć.
Spotkaliśmy się w pociągu TLK relacji Katowice-Wrocław. Z ciekawością i zainteresowaniem przyglądałem się plecakowi i wielkiemu zielonemu parasolowi pozostawionemu na siedzeniu. Zastanawiałem się, czy ich właściciel nie będzie miał nic przeciwko, jeśli dosiądą się do niego cztery kulturalne, aczkolwiek trochę hałaśliwe osoby. Nie miał nic przeciwko, a wręcz przeciwnie – ucieszył się i uraczył nas opowieścią. Był Niemcem pochodzącym z Duseldorfu, a mieszkającym w Dreźnie. Był psychologiem i filozofem, na oko – około siedemdziesiątki. Przyjechał do Katowic w pewnej prywatnej sprawie. Nie wszystko jednak poszło po jego myśli, więc nazajutrz, po ciężkiej i bezsennej nocy, postanowił wrócić do domu. Zagubiony, nie znając języka (mówił po niemiecku i angielsku) wsiadł do pociągu jadącego w przeciwną stronę. Zorientował się w Tychach. Wysiadł i wrócił do Katowic. Tam zaś zostawił swój portfel na ladzie kiosku i ktoś mu ten portfel ukradł. Pobiegł do kogoś, kogo w rozmowie z nami nazywał „kierownikiem peronu”, ale ten go zlekceważył, zresztą nie znał żadnego języka obcego. Oto nadjechał pociąg do Wrocławia i zagubiony pan Hans miał do wyboru: szukać ukradzionego portfela w obcym, nieprzyjaznym mu mieście, gdzie nikt go nie rozumie i nie próbuje mu pomóc, czy wsiąść do pociągu jadącego w stronę domu. Wybrał to drugie. Nie wiem jakim sposobem udało mu się przekonać konduktora, żeby przewiózł go na gapę. I wtedy spotyka nas – pilnujących pozostawionego (znów!) bez opieki jego plecaka (i – co ważne w ten bardzo deszczowy dzień! - parasola). Rozmawialiśmy bardzo długo, nie tylko o nim, ale i o polityce i o różnicach między Polską a Niemcami, skądinąd mi bliskimi. Okazało się, że w portfelu były karty do banku (o ich zablokowanie poprosił zaraz telefonicznie), 200 złotych („it's nothing...”) oraz bilety na pociąg. Dowód osobisty miał na szczęście w kurtce.
Co zrobić? Na najlepsze pomysły wpadała Daria i ostatecznie wraz z nią postanowiliśmy pomóc Hansowi. Wysiadamy w Breslau (och, z jaką pieczołowitością pan Hans unikał tego słowa i z trudem wymawiał „Wroc-law”) i idziemy na policję. Na dworcu jest komisariat, na drugim piętrze, za drzwiami z domofonem, przez które nie można przejść od tak, po prostu, bo jest to pomieszczenie służbowe pracowników PKP, a przez które przejść inaczej też się nie da, bo domofon od dawna jest zepsuty. Nie kijem go to pałką, wdarliśmy się siłą. Pan policjant był przemiły. Wysłuchał naszej historii i polecił iść do ambasady. Bo po pierwsze, to co on może we Wrocławiu zrobić z zagubionym w Katowicach portfelem, po drugie nie za bardzo jest sens zgłaszania kradzieży, bo przecież i tak się nie znajdzie. Ambasada jest gdzieś na Podwalu, niestety nie zna adresu. Sprawdzić w Internecie? A pani myśli że w tej kanciapie (tu robi lekceważący ruch dookolny) mam Internet? – odpowiada Darii pytaniem na pytanie. Pytam go więc, czy może wydać Hansowi zaświadczenie, że go okradziono, żeby mógł dojechać z Wrocławia do Drezna. Nie, też nie może: takich dokumentów policja nie wydaje od lat dziewięćdziesiątych.
Idziemy na Podwale, gdziekolwiek to jest. Leje okrutnie – już nawet mnie to trochę przeszkadza – a bagaże ciężkie, więc łapiemy zadyszkę. „Please, slow down, i have cardio-problems!” - krzyczy za nami Hans. Kalkuluję szybko: nie za bardzo pamiętam jak się robiło resuscytację oddechowo-krążeniową, więc dzwonie po taksówkę (przezornie zapisałem w telefonie numery, jeszcze przed wyjazdem). Czekamy dziesięć minut. Hans jest załamany. Obce miasto, leje, on bez biletów, za godzinę pociąg, a my stoimy gdzieś na głębokim zadupiu w strugach deszczu i czekamy na taksówkę. Pocieszam go: damy radę!
Przyjeżdża taksówka, dojeżdżamy do ambasady. Dzwonię domofonem i trochę beztroskim głosem mówię: „znaleźliśmy waszego zabłąkanego obywatela, pomożecie nam?”. „Ale jak kto? Tu nie można tak sobie wejść, już zamknięte, zaraz ktoś po was przyjdzie”. Faktycznie, wychodzi mężczyzna i patrzy na nas nieufnie. Tłumaczę mu po polsku o co chodzi. „Sind Sie Deutsche?” - pyta Hansa. "Ja, ich bin" - ten odpowiada. "Also, Herzlich Wilkommen" - i wpuszcza go do środka z uśmiechem na ustach. "Jak chcecie, to ewentualnie możecie wejść" - rzuca do nas niechętnie. "Chodź, mówię do Darii, idziemy do Rzeszy, potem powiemy, że byliśmy w Bundesrepublice". Pracownik ambasady patrzy na mnie spod byka.
Potem poszło już szybko. W kwadrans załatwili mu bilet i zawieźli go autem na pociąg, zdążył - chyba - na regionalny relacji Wrocław-Drezno ("Płaciłem podatki, nie?" - podsumowuje z uśmiechem Hans). A mu potuptaliśmy do Hostelu. Podziękowaniom nie było końca. Jeszcze w pociągu jednym z tematów rozmowy stało się moje i Hansa zamiłowanie do palenia fajki. Dał mi więc swojego maila i prosił, żebyśmy mu podali swoje adresy, bo on chce nam podziękować. Obiecał wysłać mi jakiś pierwszorzędny, niemiecki tytoń fajkowy. Zdecydowaliśmy z Darią, że tych adresów mu nie podamy. Bo ludzie w podróży powinni sobie pomagać. Po prostu. Bo podróżowanie to nie tylko przemieszczanie się pomiędzy punktami w terenie, to także poznawanie ludzi i porozumiewanie się z nimi. A my właśnie to zrobiliśmy: pogadaliśmy, a potem przemieściliśmy się z Dworca PKP na Podwale, gdzie była ambasada. Czyli właśnie, po prostu, podróżowaliśmy.
Hans pewnie nigdy nie przeczyta tej notki, bo zna po polsku zaledwie kilka słów, ale i tak bardzo chcę go tu serdecznie pozdrowić. Mam nadzieję, że odpisze mi na maila, którego mu dziś rano wysłałem. I oczywiście podziękowania dla Darii - bo to ona była inicjatorem akcji pomocy dla zabłąkanych obywateli Bundesrepubliki!
skomentuj (4)
Moi drodzy! Przepraszam, za tak długą absencję. Żyję, jestem i robię różne rzeczy. Najpierw kulminacyjny moment na drodze życiowo-zawodowej, a potem kilka dni zasłużonego odpoczynku. Wszystko wskazuje na to, że okres ten przebiegł pomyślnie. Czas wrócić do bardziej systematycznej pracy.
Już w piątek jadę na MFF do Wrocławia, ale nie planuję relacji bądź recenzji, bowiem to tylko trzy dni. Bilety są, nocleg jest, jeszcze tylko pociąg. Tym razem przygotowałem się do kupna biletów znacznie lepiej niż ostatnio i mam nadzieję, że trafię na ten skład, który pojedzie (w zasadzie: trafimy – kupowanie biletów dla grupy, nawet niewielkiej, to dopiero stres!).
Ponadto: zagapiłem się i zakupiłem nową płytę Myslovitz, Nieważne jak wysoko jesteśmy..., z prawie miesięcznym opóźnieniem. Jak zwykle: z sentymentu, bo śląska grupa, gdzieś tam towarzyszyła mi od lat. I tym razem moje oczekiwania zostały zaspokojone, bowiem płyta jest ekstremalna o tyle, że jest kolejną dawką mrocznej, ale refleksyjnej melancholii, a brzmienia są – jak to zwykle – eksperymentalne. Fanom Myslovitz: polecam!
skomentuj (0)
Trudno jest pisać o muzyce ekstremalnej, bo już sama definicja nastręcza wiele trudności, potrzeba jej dookreśleń, opisów, uściśleń. Jest niszowa, ale ma wielu fanów i jest to audytorium niezwykle szczere, a nawet fanatyczne. To ludzie, którzy zbierają płyty, bilety z koncertów, autografy, stare wydania zinów, książki. Mają swoje zdanie, swoje gusta, swoje poglądy, często i sami grają na instrumentach, angażują się w ruch undergroundowy. Jak w takim przypadku powiedzieć coś, co zostanie uznane? Szacunek środowiska to rzecz trudna do zdobycia i niezwykle cenna.
Dlatego staram się pisać o muzyce z własnej perspektywy, patrzę (słucham) z perspektywy mojego światopoglądu, staram się nie dawać jakiś generalnych wniosków, wielkich uogólnień. Dla mnie muzyka ekstremalna to muzyka metalowa w swych najbardziej bezkompromisowych odmianach. To death, black, doom metal. Ale kieruję się zwłaszcza ku tym, które są najbardziej mroczne i tajemnicze, które są raczej melancholijne, niż witalne. Dlatego funeral i drone. Nisko i wolno.
Nie będę oczywiście udowadniał wyższości jednego nad drugim. W dzisiejszych recenzjach muzycznych, zwłaszcza w prasie fachowej, dominuje nurt krytykanctwa. Piszę się o płytach dając im oceny i puentując: „żałuję, że w ogóle włożyłem tę płytę do odtwarzacza”, lub zgoła odwrotnie: „to genialne wydawnictwo”. A ja chce pisać wskazując drogę, wychodząc raczej z zasady: „jeśli masz ochotę na..., to posłuchaj....”. Oczywiście, muzycy grają na różnym poziomie, muzykę lepszą lub gorszą, rozmaicie zmiksowaną i wydaną. Ale wydaje się, że muzyka jako sztuka, nie podlega waloryzacji.
Nie jestem, i chyba, niestety, nigdy nie będę w tej dziedzinie ekspertem, a szkoda – i niech to będzie konfesja. Dlatego chcę pisać o muzyce ekstremalnej dla tych, którzy jej jeszcze nie odkryli, którzy znają ją tylko z obiegowych stereotypów.
Czym jest metal? To pytanie zbyt trudne i odpowiedź jest zbyt złożona, by łatwo jej udzielić. Dla mnie ktoś, kto gra muzykę ekstremalną, jest poetą, który zamienił lirę Orfeusza na gitarę, dla mnie to poeta a rebour, to śpiewak, który w swej twórczości oddaje wszystko to, co zdarzyło się w XX wieku. To Orfeusz po piekle XX wieku.
A wiek XX to czas wyjątkowy. Licząc go – za historykami – od 1914 do 1989, pamiętać musimy o doświadczeniach, z jakimi człowiek nie miał wcześniej do czynienia (przynajmniej na taką skalę). To wybuch pierwszej wojny światowej, najkrwawszej w dziejach, która zdemontowała stary, jeszcze w swej istocie feudalny, ład i zaprowadziła nowy, prawie już demokratyczny porządek. Ale w międzywojniu zrodziły się przecież totalitaryzmy. Na wschodzie wybuchła rewolucja, brzemienna w skutkach. W Niemczech Hitler doszedł do władzy, w Hiszpanii miała miejsce wojna domowa. Upadały kolonialne imperia. Ogromny kryzys sprawił, że Europa się podzieliła. Potem wybuchał wojna, w której zginęło około 80 milionów ludzi, prowadzono eksterminację całych narodów w komorach gazowych. Nowy, pojałtański ład podzielił świat na dwa obozy i ufundował Zimną Wojnę. I były konflikty w Korei, Wietnamie, Afganistanie, wnet potem w Iraku. Wrzał kocioł bałkański. W międzyczasie modernizm zmienił się w postmodernizm, przez świat przetoczyła się rewolucja roku 68, która rozpoczęła Jesień Ludów. I to, ale przecież i o wiele więcej, na przestrzeni 78 lat.
Można mówić jak Adorno, że nie można już pisać po tym poezji. Ale Celan pokazał, że można. Muzykę po piekle XX wieku też można grać, ale to już nie będzie taka sama muzyka. Bo dawne konwencje nie są adekwatne do opisu kondycji człowieka po traumie ostatniego stulecia. I wydaje się – choć to może sztuczne budowanie figury, mitu – że to właśnie muzyka ekstremalna wyczuwa ten dysonans.
Co określa Orfeusza? To ktoś, kto niesie w ręku piekielny ogień, kto ma w sobie traumę, jaką jest pamięć z odwiedzin w piekle. I ktoś, kto czuje stratę, kto płacze po utraconej Eurydyce. Trauma i melancholia sprawiają, że wrzeszczy opętańczym growlem.
To krzyk często bluźnierczy. Zaczęło się przecież od Schopenhauera, Nietzschego, Freuda, ale potem był i Crowley i LaVey. To nie zawsze krzyk nie-wiary w Boga, to często krzyk pełnej energii, witalnej wiary w człowieka.
Ale mnie interesują te rejony muzyki ekstremalnej, które oscylują wokół nizin, wokół zwątpienia, depresji, melancholii.
skomentuj (0)
W 2008 roku o NIKE ubiegały się, między innymi, dwie wielkie powieści roku 2007. Mam na myśli Lód Jacka Dukaja oraz Biegunów Olgi Tokarczuk. Pierwsza z nich nie dotarła do finałowego zestawienia, drugiej nagrodę przyznano.
O Lodzie napisałem chyba już nawet zbyt wiele, nie będę więc pisał o nim i tutaj. Ale jako że Lodem się zajmowałem, chciałem go jakoś zestawić z pozycją zwycięską. I jakoś – przemagając gorycz – sięgnąłem (w końcu!) po Tokarczuk.
O Tokarczuk też napisano już bardzo, bardzo wiele: były to recenzje, szkice, próby interpretacji, podsumowania, zresztą pisarka jest niezwykle ceniona i popularna. Bieguni to sekta prawosławna, która uznaje, że wszelki postój, stagnacja i skostnienie powoduje opanowanie przez złe siły. Dlatego podróżują, ciągle i nieustannie. Bieguni są o podróżowaniu, po prostu. Ale celem pielgrzyma (koniecznie: samotnego) jest inny pielgrzym, ale jak pokazuje fabuła (fabuła?) powieści: do wnętrza ciała człowieka. Czy tylko ciała? Niekoniecznie, bowiem podróż, jakkolwiek rzeczywista, wydaje się być metaforą nomadyzmu, podmiotu w podróży, podmiotu w dociekaniu, podmiotu negocjonującego.
Książka zlepiona jest z wielu fragmentów, które przybierają różne rozmiary: od krótkich nowelek, aż po wręcz aforyzmy. To pisanie bardzo subtelne, delikatne, lekko feministyczne, przypomina pisarstwo Jolanty Brach-Czainy. To poetyckie pisanie o przemieszczaniu się, poznawaniu i byciu sobą. Bo nieważne, że jest się w podróży. Ważne, że się jest. Ta książka zbliża się do wyabstrahowanego pojęcia „tekstu” w rozumieniu post-ów, bo jest otwarta, podatna na rozmaite interpretacje, egzegezy. Można czytać ją bardzo różnie, to fakt.
Ale czy przypadkiem nie jest to wciąż „literatura środka”? Nawet jeśli jest to środek bardzo blisko góry, to chyba jednak środek. Książkę tę może czytać każdy: wytrawny odbiorca włączy tryb: „szybkie czytanie”, tu się uśmiechnie, tam się uśmiechnie, tu zaduma, tam zrobi przerwę na kawę. Inny odbiorca – powiedzmy eufemistycznie: inny odbiorca, po prostu – będzie się tą książką zaczytywał, będzie smakował jej delikatność i metaforyczność, zaduma się nad wielkością świata. Dlatego to jest środek: bo imituje górę. Imituje świetnie, to prawda.
Nie wypada mi mówić wprost, że Lód jest powieścią lepszą, dojrzalszą: warsztatowo, światopoglądowo, a przede wszystkim: solidniejszą. I na pewno nie należy do literatury środka, zresztą problem przynależności do tego czy tamtego obiegu jest w ogóle poza kategorią recepcji tej powieści, bo to tekst w istocie swej postmodernistyczny. Mimo wchłaniania „sześciokopiejkowych Sherlocków Holmesów” broni się znakomicie. Lód odpadł boleśnie, niewspółmiernie do swej rangi, już w przedbiegach.
No, ale Lód jest tekstem fantastycznym.
skomentuj (0)
Wróciłem do domu z wojaży, powycierany po miastach, hotelach, pociągach. I zacząłem robić to, co zwykle robię. Czyli czytać.
Czytanie to zawsze jest czynność, której oddajemy się w samotności. Obcujemy z autorem, ale mam wrażenie, że bardziej jednak z samym sobą, pobudzeni tylko (aż!) przez jego słowa. Różne są tryby lektury. Czytanie dla czystej przyjemności lektury, czytanie dla fabuł, czytanie na pohybel, czyli wszędzie: na stojąco, leżąco, kucająco, idąco (!), względnie nawet siedząco. I jest i czytanie labolatoryjne, czyli dokładnie.
Nie mam pojęcia, czy robię to w taki sposób, w jaki powinienem. To lektura dokładna, uważna, czasochłonna, mikrologiczna. To lektura przy biurku, z dwoma długopisami i ołówkiem, z notatkami, z kawą, najchętniej z papierosem. To lektura która kradnie czas, pustoszy organizm, zabija powoli i skutecznie, usypiając w rytm zdań wielokrotnie złożonych. To w końcu lektura, która w sposób dla mnie nieodgadniony, cudowny, zobojętnia na świat zewnętrzny, wciąga, zasysa, pożera. Tak czytam Dukaja, tak czytam Parnickiego.
Kto czytał Parnickiego, ten wie, jak trzeba go czytać, żeby pojąć. Nauczył nas tego nieodżałowany profesor Szymutko: wskazał sposób lektury morderczej, mikrologicznej, wręcz szaleńczej. W ten sposób właśnie pojmuję czytanie prozy. Oczywiście, na mocy prawa głoszącego, że nigdy nie dogonimy naszych mistrzów, nigdy nie będę w stanie robić tego tak, jak On. Ale próbuję i idę własnymi ścieżkami.
Zawsze mnie fascynowało poznawanie warsztatu pisarzy. To jak oglądanie „making of...”, albo czytanie relacji ze studia nagraniowego. A Parnicki dostarczył tam kilka takich fragmentów. Ostatnio w moje ręce wpadły Dzienniki z lat osiemdziesiątych. Jest to materiał w zasadzie przerażający, pokazuje pisarza bezkompromisowo.
Parnicki był u kresu życia, doświadczony i uznany, ale zmęczony. Ciągle chory, zdepresjonowany, uciekający w fobie i uciekający od alkoholu. Przerażony utratą wzroku (co na szczęście nigdy się nie stało, ale groźba była realna). Przez całe tygodnie, miesiące, lata: opisy codziennych czynności, relacje z postępu prac, gdzie euforia graniczy z rozczarowaniem. Dni są „bez picia”, lub „z piciem”. Mistrz w intymny sposób roztrząsa to, w jaki sposób picie alkoholu wpływa na jego rytm pisania. Są dni „bez naświetlania” i „ z naświetlaniem”. Rak krtani, którego nabawił się wskutek zawrotnego palenia, został ostatecznie zaleczony.
Mistrz pisze, zmaga się ze sobą, odbiera telefony i przyjmuje gości. Ostatni zapis został wykonany ręką żony, brzmi: „5. XII. 1988 o godzinie 12.30 Teodor zmarł nagle w swoim fotelu. E. P.”.
Dzienniki... są niesamowite. Ale są przerażające, więc każdy kto po nie sięgnie – i zechce je czytać choć z odrobiną należącej się Parnickiemu empatii – musi zdawać sobie z tego sprawę. Musi wiedzieć, że napotka tam nie arcymistrza prozy, konsekwentnego, logicznego, piszącego pięknie choć skomplikowanie. Spotka tam człowieka starego, chorego, załamanego, uzależnionego i przerażonego. Słowem: człowieka. Bo to chyba prawda, że geniusz często graniczy z szaleństwem.
skomentuj (0)
Nie mogę sobie podarować wspomnienia o innych urokach podróżowania. Dla mnie – dla którego każdy wyjazd z miasta, które dobrze znam, które jest oswojone, jest nie lada wyzwaniem – problemy w podróży są raczej stresogenne. Dopiero, kiedy mija niepewność, kiedy wiem, że dojadę na czas, nie będę nocował na nieznanym dworcu i w ogóle: dodaję do miasta, do którego planowałem dojechać, a jeszcze uda mi się zakotwiczyć w hotelu, względnie się uspokajam.
Ale polskie koleje dostarczają nie lada wyzwań i emocji, które na długo zostają w pamięci. Nie powiem: udało mi się dojechać punktualnie, w obie strony. I nawet miałem miejsce siedzące. Cóż, w końcu skoro nie ma zimy stulecia, ani upałów dekady, czemu pociągi miałyby się spóźniać?
Ale już kupno biletu na tymczasowym dworcu w Katowicach to przygoda. Bo skoro kasy są także tymczasowe, to pani nie wie (bo skąd?) jakim mam jechać pociągiem, gdzie mam się przesiąść i o której. W ogóle nie wie, jakim mam jechać pociągiem. Ona może tylko sprzedać bilet na ten pociąg, o ile taki istnieje. A czy taki istnieje i czy pojedzie, to już wiedzieć muszę ja, pasażer. No bo to w końcu ja jadę, nie ona, prawda? Ona tylko sprzedaje, nie informuje. Informacja jest gdzie indziej, to jest kasa. Tu się – jak sama nazwa wskazuje – sprzedaje (wskazuje raczej na kas-owanie). A że mamy kapitalizm i wolny rynek, to ona sprzeda mi wszystko, czego tylko zapragnę. Nawet bilet na pociąg, którego nie ma.
No, ale ja – ja, który zawsze dziesięć razy sprawdzam, szukam, pytam (ba! zamęczam pytaniami, dziesiątkami nieistotnych pytań) – dokładnie wiedziałem, czym mam jechać, o której godzinie, gdzie się przesiąść i o kiedy. Błąd popełniłem tylko jeden: nie odpisałem z Internetu numerów pociągów. I kupiłem bilet powrotny na pociąg, który nie istnieje. Nie wiem, kto popełnił błąd – możliwe, że ja – to nie istotne.
Oczywiście kupno biletu odbywa się po odstaniu w długiej kolejce, podczas gdy ludzie przez ramię zadają pytania o ceny, pociągi, perony i stacje, po czym zrezygnowani, bez uzyskanej informacji, odchodzą, klnąc na koleje, dworce, rząd i prezydenta. Akurat Straży Miejskiej ani Policji nie było, nikogo nie zamknęli.
Po serii pytań pomocniczych, zadanych już na stacji docelowej, wywiedziałem się o pociąg powrotny, ten nieistniejący. A więc zadanie miałem takie: wsiąść do tego istniejącego, który do miejsca przesiadki dojeżdżał na szczęście tak, jak ten nieistniejący i tam kupić bilet a zwrot pieniędzy uzyskać w miejscu przesiadki.
Wchodzę do pociągu, przechodzę przez cały skład mijając z dziesięć miłych, pustych przedziałów i szukam konduktora. Przeciskam się, szamoczę, uzyskuję informacje, że „to nie ja, to konduktor, ja jestem kierownikiem/kucharzem z Warsa/obsługą techniczną”. Odnajduje konduktora, który mówi, żebym nie zawracał mu głowy, on mi sprzeda bilet sprawdzając wszystkim. To wracam przez cały pociąg przeciskam się, szamoczę z bagażami, mijam z dziesięć miłych, ale już teraz zajętych przedziałów, znajdując ostatecznie miejsce koło dwóch Japończyków w drogich ubraniach i z wielkimi aparatami.
(Japończycy w podróży są słodcy. Zorganizowani, jakby prowadzili tajną akcję wojskową, z mapami, okularami słonecznymi, aparatami i wielkimi plecakami. I są tak naiwnie ufni, że plecak zostawiony na ławce nie zniknie, kiedy oni pójdą sprawdzić rozkład jazdy, że aż sam im tych plecaków kontem oka pilnuję).
Dobra. Siedzę z Japończykami i czekam. Konduktor sprzedaje bilet za 18 złotych, licząc sobie jeszcze 5 za wypisanie tego biletu, bo nie w kasie. I że muszę w miejscu przesiadki koniecznie iść odebrać pieniądze za przejazd nieistniejącym pociągiem. Dojeżdżam, idę. Nie, nie, ona nie może mi teraz oddać tych pieniędzy, bo na bilecie mam całą trasę. Absolutnie nie muszę tu. Nie, niekoniecznie dziś, e, konduktor niedouczony widać, do 30 dni sobie pan odbierze na docelowym. Idę na peron, ale spokojnie, mam jeszcze pięćdziesiąt minut, zdążę.
Dojeżdżam do docelowego (ekspresem, tam miło, kawa, sprzątanie po kawie, nie nudzi się podróżny, nie ma na to nawet czasu). Idę do kasy, dostaję zwrot. 4 złote i 40 groszy. Czemu? No bo pan kupował na trasę całą, a jak na całą to taniej, im dalej, tym taniej. A teraz pan dostaje zwrot za kawałek, a kawałek jest mniejszy niż całość, więc dostaje pan mniej. Poza tym, nieistniejący pociąg był gorszej klasy, niż ten istniejący, więc pan dostanie mniej zwrotu. 4 złote i 40 groszy. No jak nielogiczne? Ale zgodne z przepisami. Ja panu policzę to jeszcze raz. Jak nie trzeba? A potem pan będzie miał pretensje. No jak pan nie rozumie? Wypłacić? 4 złote i 40 groszy.
No, ale jechały punktualnie, nie mogę powiedzieć.
skomentuj (0)
Choć zazwyczaj nie lubię wyjeżdżać i najbardziej radosnym momentem jest dla mnie powrót do domu, to coraz częściej dostrzegam magiczność podróżowania.
Chodzenie ulicami obcego miasta jest jak synestezyjna lektura tekstu. Musi to być lektura uważna, czuła i wielowymiarowa (bo przecież miasto nie jest płaskie, miasto jest wysokie, szerokie, głębokie, długie). To wnikanie w urbanistykę, topografię, historię. Ale to też dźwięki, zapachy i smaki. Ale przede wszystkim to ludzie, których się poznaje, lub których tylko się ogląda (uwielbiam przypatrywać się ludziom). Po mieście się nie chodzi, w miasto się wchodzi, w miasto się wnika, do środka, do jego rozgrzanego wnętrza. Ważne są rozmowy, kiedy po momencie przełamania, podchodzimy, rozpoczynamy pogawędkę, wsłuchujemy się w tembr głosu, reagujemy, rozmawiamy z kimś, kogo nigdy byśmy nie spotkali, jeszcze godzinę temu, jeszcze dwieście kilometrów wcześniej. On był tu, a ja byłem tam. I nagle spotykamy się i rozmawiamy. O najszybszym sposobie dojścia na dworzec, o pogodzie, albo o ontologii. W takim przypadku widać najlepiej, że przypadków nie ma.
I tu odnajduję pokusę: bo przecież mogę powiedzieć, że jestem zupełnie skądinąd, jestem kimś innym niż naprawdę, robię coś, o czym nigdy nie pomyślałbym, że mogę to robić. Ale mogę też powiedzieć prawdę o sobie. Mogę być kim zechcę, bo jestem obcym elementem na tkance innej struktury, czasowo imputowanym, prawie nieweryfikowalnym. Podróżowanie to snucie opowieści o sobie samym, weryfikowalnym tylko przez tą opowieść, którą snuję.
Więc jest i druga strona. Nie: miasto a Ja, ale: Ja a miasto. Jestem obcy, jestem chwilowy, jestem bezimienny, więc mogę być każdym. Mogę mówić w każdym z języków jaki znam. Nikt nie wie, kim jestem i mam poczucie nowości samego siebie. Skoro miasto do którego przyjeżdżam jest dla mnie obce, jest wręcz orientalne, to przecież ja dla tego miasta też jestem obcy i na swój sposób orientalny, z tym wszystkim co z sobą niosę: językiem, wyglądem, zachowaniem. Przynoszę na sobie elementy, drobiny do odczytania.
Wydawało mi się oczywiste kim jestem, a przecież zostałem raz wzięty za Rosjanina, raz za Szweda. Ci, których spotkałem popełnili błędy w interpretacji mnie, źle mnie przeczytali. Ale ja nie uległem pokusie i wyprowadziłem ich z błędu.
Podróżowanie samotnie ma swoje wady i zalety. Bycie w grupie daje poczucie siły i otuchy w chwilach zagubienia w obcym mieście, pewne poczucie wspólnego celu w poszukiwaniu, odnajdywaniu, wracaniu. Wyjeżdżanie samemu ma z kolei to do siebie, że można pójść gdzie się chce, kiedy się chce i na ile się chce. Jest się samodzielnym w inny, pełniejszy sposób niż w miejscu oswojonym. To jest też uczucie groźne, bo samotność w obcym mieście to samotność dobitna, trochę nawet przerażająca. I powroty do hotelu, gdzie w pustym pokoju, pozbawionym rzeczy dobrze nam znanych, musimy zatopić się tylko w siebie, bo w samotnej podróży mamy tylko siebie naprzeciwko obcego miejsca.
Po powrocie do domu wracamy do tego samego momentu, w którym wyjechaliśmy. Jeśli wyjazd był planowany, to, chociaż minęło kilka dni, nie mamy zaległości. Czas płynie dalej, a my wracamy tak, jakbyśmy wracali ze snu, z innego wymiaru. A może w ogóle nie byliśmy tam, dokąd wyjechaliśmy? Co jest świadectwem naszej podróży, oprócz naszej pamięci? Skoro wyjechaliśmy sami, nikt nie może potwierdzić, że faktycznie byliśmy w tamtym miejscu. Tylko zdjęcia i kupione pocztówki. A może to miasto, w którym byłem wcale nie było tym miastem, do którego chciałem się udać? Skąd mam wiedzieć, skoro byłem tam pierwszy raz? Pamiętam, że mijałem pomniki, kościoły, nawet dworce z tablicami informacyjnymi. Ale tylko pamiętam, a pamięć jest zawodna, pamięć jest dowolną interpretacją tego co było/nie było. (W ten sposób nie mogę podważyć pamięci miejsca dobrze znanego, oswojonego, bo jego pamięć i świadomość są we mnie zbyt dobrze osadzone, są piętnem). Opowiadanie o samotnej podróży jest jak opowiadanie o śnie.
Podróże nas kształcą, ale nie chodzi tylko o zwiedzanie miast z przewodnikiem i mapą w ręku. To także trochę nieuchwytne poznawanie siebie w oderwaniu od czasu i miejsca, w których jesteśmy dobrze znani i łatwi do zinterpretowania.
A potem – na szczęście – wracamy do domu.
skomentuj (2)
Od ostatniej notki minęło dwadzieścia dni, czyli prawie trzy tygodnie, a to stanowczo za długo. Jedynym powodem był ogrom pracy jaki miałem, ale wszystko wskazuje na to, że wychodzę na prostą i to chyba z dobrym wynikiem.
W tych dniach otrzymałem przesyłkę z Wiedźminem 2, w wersji kolekcjonerskiej. Panowie z CD ProjektRED plan mieli taki, aby każdy mógł zapoznać się z materiałami dodatkowymi, a dopiero później, w dzień premiery, mógł odpalić grę. Dziesięć tysięcy szczęśliwców, którzy nabyli wersję najbardziej spektakularną – i najdroższą – mogli wystartować o dobę wcześniej – już 16 maja po północy.
Zabezpieczenia antypirackie także były spektakularne, choć mam wrażenie, że celem pobocznym było wywołanie napięcia i rozładowanie go, poprzez premierę o określonej godzinie. Otóż grę można było zainstalować (program ściągał z Internetu 50 mb danych) i zarejestrować dopiero o wskazanej porze. No i to akurat nie wyszło, bo padły serwery. Szkoda, ale to chyba nie koniec świata. Nie do końca rozumiem ludzi, którzy na stronie internetowej gry bluzgali ile mogli. Czy oni wzięli urlop na żądanie, zabarykadowali się w domu, żonę wysłali do teściowej, dzieci na kolonie i czekali na minutę po północy?
Co do wspomnianej wersji kolekcjonerskiej, to faktycznie robi wrażenie. Jak dla mnie – choć to pewnie zboczenie – trochę za mało tam do czytania i za mało materiałów making of. Figurka Geralta – efektowna, dodatki takie jak karty czy kości – ciekawe (tylko pewnie czasu nie starczy, żeby grać), papierowe figurki do składania trochę nietrafione. Artbook z ilustracjami gry – cudny! Wierzę, że ludzie trudniący się sztukami plastycznymi mogą czerpać z niego wiele inspiracji.
No a co do gry, to wciąż jestem w pierwszym akcie, więc trudno mi powiedzieć wiele. Grafika jest oszałamiająca, klimat (muzyka, dialogi, odzywki, lokacje) dobrze znany, swojski, ale oryginalny – czyli o to chodziło. Fabuła wydaje się ciekawa, faktycznie nieliniowa (o tyle, o ile fabuła może być nieliniowa). Gra jest bardzo szybka – wczytywanie odbywa się nieomal niezauważalnie, podobnie z walką i zbieraniem przedmiotów, system zapisu stanów gry.
Są jednak zauważalne minusy. Podobnie jak Dragon Age II, gra jest – jak mówi słusznie mój przyjaciel - „idiotoodporna”, czyli ma takie momenty, kiedy gracz prowadzony jest za rękę od sekwencji do sekwencji. Nie chodzi tu o fragmenty trudne – ja też nie lubię godzinami kombinować „i co teraz?” - ale o takie, gdzie wszystko jest oczywiste. Trochę dużo jest przydługich scenek, a dialogi które wybiera gracz nie odpowiadają tym, które wypowiada postać (czemu?). Dość denerwujące są też elementy zręcznościowe w pewnych sekwencjach walk. Zmiana interface'u jest irytująca, ale cóż: kwestia przyzwyczajenia do części pierwszej.
Ale to takie elementy, które dla mnie, z subiektywnego – i dodajmy: dość specyficznego – punktu widzenia są wadami. Wierzę, że wielu będą się podobać.
Podsumowując: na ostateczne recenzje jeszcze czas, ale gra jest zdecydowanie warta uwagi, pieniędzy i godzin przy niej spędzonych!
skomentuj (0)